moja polska zbrojna
Od 25 maja 2018 r. obowiązuje w Polsce Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych, zwane także RODO).

W związku z powyższym przygotowaliśmy dla Państwa informacje dotyczące przetwarzania przez Wojskowy Instytut Wydawniczy Państwa danych osobowych. Prosimy o zapoznanie się z nimi: Polityka przetwarzania danych.

Prosimy o zaakceptowanie warunków przetwarzania danych osobowych przez Wojskowych Instytut Wydawniczy – Akceptuję

 
Chroniły ich pancerze i cicha modlitwa...

Prezydent USA ogłosił zakończenie misji w Afganistanie. Ma to nastąpić 11 września, symbolicznie w rocznicę ataków terrorystycznych na Nowy Jork i Waszyngton. Można się spodziewać, że przed tą datą z górskiego kraju położonego w południowej Azji, wśród gór Hindukuszu, wróci do kraju ostatni polski żołnierz...

Zakończenie każdego przedsięwzięcia skłania do refleksji, podsumowań i analiz. Ocen afgańskiej misji jest już dużo, a będzie jeszcze więcej. Są one tworzone na szczeblach centralnych, strategicznych, taktycznych, a także niższych – w dywizjach, brygadach, pułkach. Zakończenie etapu afgańskiego skłania do refleksji również żołnierzy. Najczęściej powtarza się pytanie: czy było warto? Czy wracamy z tarczą, czy na niej? Co dał nam Afganistan? Czy zmienił naszą armię? Czy zmienił mnie – żołnierza i człowieka?

Do refleksji i ocen najbardziej uprawnieni są ci, którzy tam byli. Żołnierze, ostrzeliwani znienacka, narażający się na wybuchy „ajdików”, przeprowadzający operacje bojowe wśród gór czy kalat należących do często wrogo nastawionych Afgańczyków. To czas refleksji także dla tych, którzy choć nie brali udział w boju, to każdego dnia wdychali pył z kamienistego podłoża bazy i wiele razy uciekali do schronów na dźwięk wysokich tonów ogłoszonego incomingu (sygnał alarmu). Oni wszyscy najlepiej wiedzą co to jest misja wojenna i czym był Afganistan...

Także ja, będąc w bazie Bagram i Ghazni, kilka razy uciekałem do schronu. Z patrolem i saperami przeszedłem kilka kilometrów cieszącą się złą sławą drogą Highway One. Po drugim kilometrze pogubiłem się w liczeniu miejsc ze śladami wybuchów „ajdików”, od których zginęło wielu żołnierzy koalicji, również Polacy. Z patrolem odwiedzałem nocą posterunek miejscowych żołnierzy ANA, aby dostarczyć im żywność i poprawić morale, bo w ciągu doby snajper-terrorysta zastrzelił ich trzech kolegów.

Poza bazę wyjeżdżałem także z żołnierzami wojsk specjalnych, przyglądając się nieznanym mi wcześniej procedurom „hajdowania”, czyli weryfikowania tożsamości kontrolowanych Afgańczyków za pomocą sprawdzania siatkówki oka. Kiedy opuszczaliśmy bazę, byliśmy pod ochroną doświadczonych żołnierzy, a także pancerzy, diuków (urządzenia zagłuszające fale radiowe) i cichej modlitwy o szczęście. Ale i tak wszyscy mieliśmy świadomość, że to, czy wrócimy cali, zdrowi i żywi, to trochę loteria...

Dziennikarskim okiem obserwowałem, jak w warunkach wojny i zagrożenia zwyczajni na pozór żołnierze, tacy jakich tysiące widuję na krajowych poligonach, tam przeistaczali się w wojowników. Byli odważni, rozumieli się bez słowa, bez wahania wykonywali polecenia dowódców, którym ufali. Stawali się profesjonalistami. Zdobywali bezcenne doświadczenia. Oswojeni z zagrożeniem, seriami pocisków lecących w ich stronę, umiejący wykorzystać posiadaną broń i amunicję – wzorowo ukończyli afgańską szkołę żołnierskiego życia. To wszystko w nich pozostanie. Dlatego mamy obecnie tysiące wojowników gotowych w każdej chwili do obrony naszych granic.

Jako dziennikarz w słusznym wieku i z dużym doświadczeniem dzielę powojenną historię naszej armii na dwa etapy. Pierwszy to wojsko przedmisyjne, czyli defiladowe, pięknie prezentujące się na zbiórkach i paradach. Tamto wojsko na poligonach do znudzenia ćwiczyło z góry znane scenariusze, a podczas strzelań żołnierz, który bezbłędnie trafiał do celu, dostawał dwóję tylko dlatego, że nie miał zapiętej ładownicy... Drugi etap to obecne wojsko, doświadczone, dobrze dowodzone, wyposażone, zgrane. Mamy pododdziały, które potrafią wykonać najtrudniejsze zadania na misjach i poligonach. Żołnierzy, którzy w praktyce przekonali się o prawdziwości starej wojskowej maksymy, że im więcej potu na ćwiczeniach, tym mniej krwi w boju.

Afganistan zmienił naszą armię nie tylko pod względem mentalności. W ogromnym stopniu wpłynął także na wyposażenie. Pierwsi polscy żołnierze, którzy 16 marca 2002 roku w ramach „Enduring Freedom” dotarli do bazy Bagram w Afganistanie, dysponowali miernym wyposażeniem, znacznie różniącym się od posiadanego przez sojuszników. Nieopancerzone Honkery były podstawowymi pojazdami, których używali nasi saperzy. Kiedy odwiedziłem ich w 2005 roku, nie tylko na nie narzekali. Hektary terenów bazy rozminowywali, używając przestarzałych typów wykrywaczy, w dodatku ubrani w mało skuteczne kamizelki kuloodporne.

Przez lata trwania misji wszystko się zmieniło. Żołnierze wyjeżdżający obecnie z Afganistanu wyekwipowani są nie gorzej niż sojusznicy. Z Honkerów etapami przesiadali się na samochody terenowe HMMWV Hammer (najpierw słabiej, a później całkiem dobrze opancerzone). W rejon misji dotarły polskie Rosomaki. Oprócz nich nasi żołnierze otrzymali różne typy pojazdów opancerzonych o zwiększonej odporności na miny MRAP (ang. Mine Resistant Ambush Protected). Bazy strzegły armatohaubice Dana i radar artyleryjski Liwiec. Kiedy ponownie odwiedziłem Afganistan i naszych żołnierzy w bazie Ghazni w listopadzie 2011 roku, nie słyszałem już zbyt wiele utyskiwań na sprzęt. Jakieś były zawsze, bo żołnierz na misji – czy to kobieta, czy mężczyzna – zawsze chce mieć to co najnowsze i najlepsze, od butów poczynając, na bidonie na wodę kończąc… A takim oczekiwaniom żadna armia nie może sprostać. Uważam jednak, że nasze wojsko było dobrze wyekwipowane.

Częściej niż w rejonie konfliktu obserwowałem naszych misjonarzy podczas przygotowań do wojennych działań na krajowych poligonach. Widziałem jak z biegiem lat zmieniał się proces i program szkolenia. O ile przygotowując pierwsze zmiany bazowaliśmy najbardziej na doświadczonych instruktorach US Army, o tyle z czasem ich rolę zaczęli przejmować nasi żołnierze. Do obowiązkowych rodzajów treningów strzeleckich włączono ćwiczenia w strzelaniu sytuacyjnym. Nasi oficerowie z powstałego we Wrocławiu specjalistycznego Zespołu Rozminowania uczyli wyjeżdżających na misje żołnierzy procedur wykrywania terrorystycznych zasadzek – min pułapek oraz zapobiegania ich produkcji. Niezbędni wcześniej instruktorzy amerykańscy z czasem pełnili jedynie funkcje doradców. Procedury zarezerwowane kiedyś tylko dla wyjeżdżających na misję – na przykład 5/25 – zaczęły obowiązywać w programach szkolenia wszystkich jednostek wojskowych. Armia, wykorzystując doświadczenia misyjne, ewoluuje w zdecydowanie dobrym kierunku.

Podczas różnych spotkań jestem pytany o to, jak było w Afganistanie, jak jest na wojnie. Często mówię wtedy to co inni, którzy tam byli: że z misji wojennej nikt nie wraca taki sam, jaki na nią pojechał. I nie chodzi tylko o to, że przeżycie kilku incomingów, kontaktów ogniowych czy widok wozów rozerwanych „ajdikiem” pozostawia w psychice trwały ślad, czy PTSD. Mam raczej na myśli to, że ludzi, którzy spędzają ze sobą dłuższy czas w obliczu zagrożenia, łączy jakaś niewytłumaczalna więź. Tworzy się wyjątkowe zaufanie, zrozumienie, jedność...

Przykład. Kiedy na poligonie rozmawiam z doświadczonym żołnierzem, często czuję, że bez entuzjazmu przekazuje mi niezbędne informacje, woli zachować dystans wobec człowieka ubranego po cywilnemu. Jednak gdy pojawia się hasło Afganistan, Ghazni czy wyjazd z bojówką, natychmiast następuje zmiana nastawienia. Żołnierz staje się rozmowny, nabiera zaufania, tworzy się między nami nić porozumienia. Paradoksalnie więc doświadczenie wojny pomaga mi w pracy.

W bazie Ghazni, w której przespałem wiele nocy, wojna nawet na chwilę nie dała o sobie zapomnieć. Niedaleko polowego szpitala był helipad (lądowisko dla śmigłowców), na którym w dzień i w nocy lądowało bądź wzbijało się w powietrze dziesiątki maszyn. Nigdy wcześniej ani później nie widziałem miejsca, nad którym potrafiło zawisnąć jednocześnie kilkanaście śmigłowców różnego typu. Ale przyznam, że gdyby nie ciągłe zagrożenie ostrzałami moździerzowymi, atakami i konieczność nocnego zaciemnienia, można by uznać, że życie w bazie toczy się bezproblemowo. Jedzenia i picia (oczywiście wody) każdy miał pod dostatkiem. Na difaku (w stołówce) było jak w McDonald's połączonym z małym spożywczym hipermarketem. W porze posiłków każdy, rzecz jasna za darmo, miał do wyboru kilkanaście dań na ciepło i zimno, kilka przystawek, surówek i wiele różnych dodatków oraz soków, nektarów i napojów. Do tego ciasto, ciastka, batony i – czego nie zapomnę – było też stoisko z kilkoma rodzajami lodów. Obsługującemu trzeba było powiedzieć tylko, które z nich sobie życzę i w jakiej wielkości naczynie ma je włożyć.

Gdy żołnierzowi pobrudziły się mundur, bielizna czy pościel, oddawał to wszystko do pralni. Na drugi dzień odbierał czyściutkie rzeczy. Każdy mógł codziennie telefonicznie kontaktować się z rodziną. Rozmowy (limitowane przydzielonym czasem lub przez komunikator internetowy) były prowadzone z amerykańskiej kafejki. W klubie do dyspozycji były biblioteka, czytelnia z krajową prasą (choć dostarczaną z opóźnieniem) i telewizor z polskim programem. Potężny namiot był wypełniony sprzętem do ćwiczeń. Żołnierze różnych armii wylewali tam hektolitry potu w dzień i w nocy. Przyrządy do treningu były także na zewnątrz. Obok dużego namiotu znajdował się mniejszy, nazywany chomikarnią. Dlaczego? Stało tam kilkanaście bieżni, po których od rana do wieczora biegali żołnierze koalicji.

Namiastkę normalności w bazie stwarzały także prowadzone przez Afgańczyków mały bar, zakład fryzjerski, kilka sklepików, a nawet salon masażu. To miejsce nasi nazywali złotymi trasami. Dwa razy w tygodniu każdy uczestnik misji mógł się nawet wybrać na bazar. Swoje stoiska rozkładali sprawdzeni dokładnie i wyselekcjonowani afgańscy handlarze. W tych miejscach była prowadzona działalność komercyjna. Za zakupy każdy musiał zapłacić, a obowiązującą walutą był dolar amerykański.

Jednak na żadnym ze stoisk czy w sklepach nie można było kupić jednego – leku na tęsknotę. Rozłąka, brak bliskich, tęsknota za nimi była tym, czego podczas każdej misji, w każdej bazie zawsze było zbyt wiele.

O Afganistanie można mówić godzinami. Zawsze trzeba przy tym wspomnieć 43 chłopaków, którzy polegli. Nie doczekali Rajskiego Ptaka, który miał po nich przylecieć i zabierać do domu. Odeszli, ale w pamięci tysięcy pozostaną na zawsze.

Kim, czym jest Rajski Ptak? Misjonarze doskonale wiedzą. Tym, którzy na misji nie byli, tłumaczę. Dla uczestników wszystkich misji pokojowych kultową piosenką jest „Flying Home by Birds of Paradise”. To utwór płynący z głośników w bazach i zwiastujący bezpieczny powrót do kraju. Jak mówią misjonarze, nawet po latach gdy go słyszą, mają łzy w oczach. Piosenka opowiada o locie żołnierzy do domu, o tym, że zabierze ich tam Rajski Ptak, że odlatując, czują wolność w duszy.

Wszystkim misjonarzom, którzy zakończyli swoje misje, oraz tym, którzy już niebawem będą wracali do kraju, przesyłam tę piosenkę.

Bogusław Politowski , dziennikarz portalu polska-zbrojna.pl

autor zdjęć: Bogusław Politowski

dodaj komentarz

komentarze


Ucieczka, która wstrząsnęła blokiem wschodnim
 
Kolejna zmiana gotowa na misję w Rumunii
Sto lat temu Ślązacy chwycili za broń
To było wyzwanie dla wszystkich
Kwalifikacja? Może w czerwcu
Specjalsi lądują w wodzie
Pierwsze zwycięstwo Rotmistrza
Holenderski dar dla muzeum w Dęblinie
Błękitni po raz trzeci w Libanie
MON robi zakupy amunicji
Wspólny wysiłek
Jak wojsko walczy z pandemią
Co ze sprawdzianem z WF?
Pomoc w walce z dezinformacją
„Czajka” po udanej operacji
Terytorialsi szkolą instruktorów BSP
„Łucznik” łączy siły z naukowcami
Brąz żołnierza na mistrzostwach Europy w grapplingu
Walka z niewidzialnym wrogiem
Kurs na dyplomację
Raki w Toruniu
„Defender” dotarł do Europy
Pamiętaj o oświadczeniu majątkowym
Śląskie salwy
Flaga, flaga państwowa, barwy narodowe – biało-czerwony przewodnik
Afganistan. Czas wracać do domu
Nagroda nie tylko od dowódcy
Ćwiczenia, szczepienie i odlot do Afganistanu
Tygrysi zlot myśliwców
Course on Diplomacy
Sto sekund do zagłady
Misje kształtują charakter
Nowy karabin z Tarnowa
Piekło Berlina
„Wolverine Strike” odpiera atak
Szczepimy się
Polska stawia na fregaty Miecznik
Kara śmierci za życie Zofii
Budujemy infrastrukturę dla wojsk sojusznika
„Rudy” – bohater Szarych Szeregów
„Defender Europe ‘21” – żołnierze wyjechali na poligony
Bój o czarną perłę w koronie
Kuźnie oficerskich kadr
Rumuński „Scorpion Spring”
Wojskowa gala MMA „Walkę mamy we krwi”
Polscy żołnierze rozpoczynają misję w Turcji
Udany weekend lekkoatletów i wioślarzy
Podchorążowie ćwiczą BLOS
UE o wspólnym bezpieczeństwie
Ruszyły zapisy na kolonie dla dzieci żołnierzy
Kto otrzyma Buzdygana?
Kulisy wyzwolenia obozu w Holiszowie
Nowe książeczki wojskowe
AFN znów w oktagonie
Admirał Bauer nowym szefem Komitetu Wojskowego NATO
WOT szkoli snajperów
Kiedy będzie gotowy raport podkomisji smoleńskiej?
BME pod znakiem „Miecznika”
Wyścig zbrojeń nie ustaje
Walkę mamy we krwi – żołnierze pokazali moc!
Medalowi żołnierze na mistrzostwach Polski w pływaniu

Ministerstwo Obrony Narodowej Wojsko Polskie Sztab Generalny Wojska Polskiego Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych Wojska Obrony
Terytorialnej
Żandarmeria Wojskowa Dowództwo Garnizonu Warszawa Inspektorat Wsparcia SZ Wielonarodowy Korpus
Północno-
Wschodni
Wielonarodowa
Dywizja
Północny-
Wschód
Centrum
Szkolenia Sił Połączonych
NATO (JFTC)
Inspektorat Uzbrojenia

Wojskowy Instytut Wydawniczy (C) 2015
wykonanie i hosting AIKELO