moja polska zbrojna
Od 25 maja 2018 r. obowiązuje w Polsce Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych, zwane także RODO).

W związku z powyższym przygotowaliśmy dla Państwa informacje dotyczące przetwarzania przez Wojskowy Instytut Wydawniczy Państwa danych osobowych. Prosimy o zapoznanie się z nimi: Polityka przetwarzania danych.

Prosimy o zaakceptowanie warunków przetwarzania danych osobowych przez Wojskowych Instytut Wydawniczy – Akceptuję

 
Uparty Francuz od żuawów śmierci

„Czarna rota walczy bez pardonu” – tak o żuawach śmierci wyrażali się rosyjscy żołnierze. Twórcą tego oddziału był François Maksymilian Rochebrune, który odznaczał się wybitnymi zdolnościami organizacyjnymi i wojskowymi. Pod twardą ręką swego wodza, egzekwującego dyscyplinę, żuawi stali się jedną z doborowych formacji powstania styczniowego.

Podobno potrafił po polsku, niemiłosiernie kalecząc język, wypowiedzieć tylko jedno zdanie: „Psiakhew, ktoha godzina”. Pamiętnikarze, którzy mieli okazję go poznać, pisali, że dodawał do niego jeszcze kilka niecenzuralnych epitetów, gdyż słowa te zwykł wygłaszać do swych żołnierzy w stanie nerwowego podrażnienia, czyli bardzo często. Na pierwszy rzut oka nie sprawiał imponującego wrażenia: szczupły i niski, o śniadej cerze południowca i bardzo nerwowych ruchach. Lecz wystarczyło spojrzeć w jego oczy, a wtedy patrzącego przeszywało wyraziste, pełne ognia spojrzenie człowieka „obeznanego ze śmiercią”.

François Maksymilian Rochebrune istotnie spotykał ją często w różnych stronach świata, a w końcu nazwał jej imieniem zorganizowany przez siebie oddział, który okazał się jedną z najbitniejszych formacji polskiego powstania z lat 1863–1864. Żuawi śmierci bardzo szybko stali się częścią naszej narodowej legendy, ale początkowo ich twórcę niewiele łączyło z krajem znad Wisły. Urodził się 1 czerwca 1830 roku w Vienne w departamencie Isère na południu Francji. Będąc dzieckiem z ubogiej rodziny, w wieku czternastu lat rozpoczął pracę jako pomocnik drukarza, a następnie usamodzielnił się, zostając majstrem gipsiarskim. W latach 1851–1854 służył w 17 Pułku Piechoty Liniowej, który stacjonował m.in. w Algierii. To tutaj szeregowiec kolonialnego wojska mógł zetknąć się po raz pierwszy z elitą francuskiej armii – żuawami. Ta świeżo powołana formacja wzięła swą nazwę od bitnego i – co dla Francuzów najistotniejsze – sojuszniczego plemienia Zuāwa, które pomagało im w podboju północnej Afryki. Już za kilka lat, w czasie wojny krymskiej, francuscy żuawi, w uszytych na wschodnią modłę, niezwykle kolorowych i strojnych mundurach, mieli rozsławić imię swej jednostki, szturmując szaleńczo rosyjskie pozycje pod Sewastopolem. Podobne formacje zaczęto tworzyć w innych armiach – żołnierze w bufiastych szarawarach, spiętych na łydkach wysokimi getrami, w krótkich kurtkach i miękkich fezach na głowie pojawili się nawet na froncie amerykańskiej wojny secesyjnej.

Niedługo, choć już nie w tak kolorowych mundurach, przypomną swe imię zaskoczonym rosyjskim weteranom wojny krymskiej w miechowskich i olkuskich lasach… Ale nie wybiegajmy za daleko. W 1855 roku Rochebrune przybył po raz pierwszy do Krakowa i rozpoczął typową dla swych rodaków w Polsce karierę – guwernera. Uczył języka francuskiego synów Henryka Tomkiewicza – Jana Serafina i Stanisława. Zdobywszy sobie sympatię swych wychowanków i pryncypałów, był polecany także do innych bogatych domów w Krakowie. Jednak po dwóch latach pracy nauczycielskiej odezwała się w nim żyłka wojskowego i po powrocie do ojczyzny zaciągnął się znowu do kolonialnego wojska; tym razem był to 62 Pułk Piechoty Liniowej. W jego szeregach w latach 1858–1860 wziął udział w kampanii w północnych Chinach, za którą promowano go na sierżanta. W 1861 roku został inicjowany do masonerii. Następnego roku sierżant wojsk francuskich w Chinach i mason przyjechał na powrót do Polski, zahaczył o Warszawę, ale ostatecznie wrócił do Krakowa. Tutaj jednak nie chciał już uczyć języka francuskiego. Reklamując się jako weteran egzotycznych kampanii, otworzył szkołę fechtunku „dla paniczów, studentów i czeladników”. W pierwszej kolejności zapisywali się do niej jego niedawni uczniowie francuskiego z wyższych krakowskich sfer towarzyskich, nie brakło wśród nich też Jana Serafina i Stanisława Tomkiewiczów.

Zaślubieni ze śmiercią

Rochebrune w swej szkole uczył młodzież nie tylko sprawnego władania floretem, lecz także przysposobienia wojskowego według regulaminu piechoty francuskiej. Dobrze wiedział, że w krakowskich salonach, a coraz częściej również w szynkach i na ulicy, debatowano o mającym lada chwila wybuchnąć za kordonem powstaniu. Kiedy więc pierwsze „powstańcze partie” przeważnie bez większego powodzenia zaatakowały pod koniec stycznia 1863 roku rosyjskie garnizony w Kongresówce, a następnie krzepły po lasach dzięki wyjątkowo łagodnej zimie, Rochebrune mógł powstańczym władzom zaoferować oprócz swego żołnierskiego doświadczenia także grupę dobrze wyszkolonych młodych ludzi. Na jej czele w pierwszych dniach lutego 1863 roku przekroczył kordon i zgłosił się do powstańczego obozu Apolinarego Kurowskiego w Ojcowie. Szybko tam poznano się na talentach organizacyjnych i wojskowych Francuza. Pozwolono mu więc, by wśród licznie przybywających do obozu ochotników dobierał sobie do swej grupy tych najlepszych i formował z nich odrębny oddział, według własnego pomysłu i organizacji.

Jednym z ochotników zakwalifikowanych do oddziału Francuza był Edward Webersfeld. Młodzieniec rodem z Rzeszowa tak po latach wspominał swe pierwsze spotkanie ze swym dowódcą: „Posterunek ustawiony przed ‘Hotelem pod Łokietkiem’ sprezentował broń, kręcący się dookoła powstańcy przystanęli w wojskowej pozycji, dotykając czapek na znak pozdrowienia, a równocześnie wyszło z bramy hotelu trzech mężczyzn. Na przedzie szedł pułkownik Kurowski, przepasany biało-czerwoną szarfą po siwej, bojowej kurtce, obłożonej barankiem, na głowie zwieszała mu ciemna rogatywka, przy boku kawaleryjska szabla. Za nim o krok po lewej ręce szef sztabu i zastępca wodza, pułkownik Dobrski, a po prawej mały człowieczek o kościstej twarzy, z żywo biegającymi oczyma, w granatowym, półkrótkim surducie ze srebrnymi guzikami i w granatowej kamizelce, na której widniał wzdłuż i w szerz piersi, naszyty na niej biały, sukienny krzyż. Człowiek ten niepokaźny, był to sławny z szalonej odwagi pułkownik Rochebrune, dowódca kompanii żuawów” (pisownia oryginalna). Jak widać, Rochebrune szybko awansował, co nie było rzadkością w powstańczej armii; o jego wielkiej odwadze Polacy mieli się dopiero przekonać, lecz już w tych pierwszych lutowych dniach okazało się, że Francuz tworzy wyjątkową formację, jak na warunki powstańczego wojska.


Film: PZ

Żuawi już przez swą nazwę nawiązującą do elity francuskiej armii wyróżniali się odrębnością od reszty powstańczych oddziałów. Ponadto w obozie mieli osobną kwaterę w tzw. domu szwajcarskim i osobną kuchnię. Nie byli zobowiązani do pełnienia służby obozowej i wartowniczej, ale w zamian przez osiem godzin ćwiczyli musztrę i strzelanie do tarczy. Wyjątkowy charakter kompanii podkreślono również jego uroczystą przysięgą w ojcowskim obozie. W dniu 11 lutego powstańczy kapelan, ksiądz Paweł Kamiński, odprawił uroczystą mszę świętą i poświęcił sztandar żuawów z czarnej materii, na którym z jednej strony widniał wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej, a z drugiej – wielki biały krzyż. Następnie na sztandar ten ochotnicy złożyli przysięgę wierności i męstwa „z dodatkiem nie dawania wrogowi pardonu i nieprzyjmowania go od niego” (pisownia oryginalna). Dzięki tej deklaracji walki aż do końca nazwani zostali żuawami śmierci. O tym „straceńczym” charakterze oddziału miało świadczyć jednolite umundurowanie żołnierzy w „grobowych barwach”.

Mundur żuawa śmierci stanowiły: czarna sukienna kamizelka z naszywanym dużym białym krzyżem, surdut z czarnego sukna, sięgające do kostek czarne sukienne szarawary, wysokie buty z cholewami, czarno-biały szalik na szyi, a na głowie obszyty białym barankiem czerwony fez z czarnymi frędzlami. Oficerowie przywdziewali krótsze od surdutów czarne sukienne kurtki bez kołnierzy, z czasem nazywane żuawkami, a ich fezy były obszyte siwym barankiem i ozdobione biało-czerwoną kokardą z orłem. Oznaki szarż oficerskich noszono na rękawach w postaci wyszywanych złotą nicią skomplikowanych wzorów. Aby chronić te kosztowne mundury, żuawi w polu zakładali płaszcze z brązowego sukna, podobne do pasterskich gunek. Na przepisowy ekwipunek żuawa śmierci składały się: tornister, pas z ładownicami, nóż lub sztylet, manierka, karabin kapiszonowy z bagnetem i rewolwer.

Te wszystkie wyróżniki świadczyły, jak dobrym psychologiem był Rochebrune, potrafiący przyciągnąć do siebie polską młodzież zapatrzoną w romantyczne ideały i poprowadzić prawie bezbronną na rosyjskich jegrów i artylerię. Gdyż w rzeczywistości u żuawów, podobnie jak w innych powstańczych oddziałach, z ekwipunkiem nie było tak dobrze, jak wskazywały na to ich instrukcje i regulaminy. W całym obozie Kurowskiego, który składał się z około ośmiuset ludzi, Webersfeld naliczył trzysta dubeltówek, ponad sto pojedynek, pięćdziesiąt rewolwerów, sto pałaszy i dwieście czterdzieści kos. Nie lepiej było z oporządzeniem osobistym, np. większość żuawów z braku ładownic trzymała naboje w kieszeniach.

Do pierwszego sztabu kompanii żuawów pułkownik Rochebrune zaliczył: kapitana Biernackiego, jako swych adiutantów – podporucznika Emanuela hrabiego Moszyńskiego i podporucznika Jana Serafina Tomkiewicza (byłego ucznia), lekarza Franciszka Kuttka. Na sierżantów mianował Różę i Salwacha, a chorążym został urzędnik skarbowy z Krakowa – Heród. Obsada tego ostatniego stanowiska zmieniła się szybko, gdy 14 lutego do powstańców dołączył austriacki patrol, który patrolując przygraniczne wioski, przekroczył kordon i pogalopował do Olkusza. Oddział składał się z pięciu ludzi: jednego Polaka o nazwisku Lewandowski i… czterech Włochów. Wszyscy za zgodą pułkownika wcieleni zostali do żuawów, a sierżant Orsetti został chorążym (Heroda awansowano na porucznika). Orsetti, odbierając sztandar żuawów, ukląkł, rozwinął go, ucałował obraz Matki Boskiej i krzyknął trzykrotnie: „E viva la Pologne!”.

Miechowska rzeź

Chrzest bojowy kompania żuawów przeszła w nieudanej bitwie miechowskiej 17 lutego 1863 roku. Z jednej strony obnażyła ona nieudolność Apolinarego Kurowskiego w dowodzeniu, a z drugiej pokazała męstwo niedoszkolonych i niedozbrojonych powstańców. Szczególnie dotyczyło to żuawów, którzy szli w awangardzie powstańczego zgrupowania i pierwsi rozpoczęli walkę z załogą Miechowa, atakując rosyjskie pozycje na cmentarzu. Oddajmy głos uczestnikowi bitwy, Edwardowi Webersfeldowi: „Gdy reszta oddziału [Kurowskiego] zbliżyła się do nas, na jakieś dwieście kroków, pchnął Rochebrune kilku żuawów na szczyt wału [okalającego miasto] dla rozejrzenia się w sytuacji, lecz gorąca krew zapaleńca przemogła w nim względy na własne bezpieczeństwo i kilku skokami znalazł się na wale. Nie dostrzegł widocznie nic podejrzanego, bo zakomenderował: Zuaves de mort! Par gimnastique en avant! Biegiem wpadliśmy na wał, a równocześnie spuścił się z niego Rochebrune na tamtą stronę ku miastu. Jeszcześmy nie stanęli na wale pewną nogą, gdy z położonego pod samym jego brzegiem cmentarza posypał się na nas grad kul nieprzyjacielskich, dziesiątkując atakujących. Moskale, przyczajeni w pojedynkę za mogiłami, nagrobkami i drzewami, wytrzymali spokojnie pojawienie się kilku naszych z Rochebrune’em na wale, czekając z salwą na wystąpienie liczniejszych sił. Nie mieli jednak czasu nabić broni do drugiego strzału, bo żuawi zwalili się jak huragan na cmentarz, wpadli na rozrzuconych po nim i na kolby i pięści poczęli się zmagać z osłupiałymi na taki sposób walki sołdatami”.

Walczących zażarcie żuawów szybko wsparli strzelcy Niewiadomskiego i wspólnie oczyścili cmentarz z nieprzyjaciela. W tym momencie przybył komendant Kurowski i rozkazał żuawom uformować czwórki i ruszyć wąską uliczką do centrum miasta. Rochebrune zaprotestował i próbował tłumaczyć, że skazuje to jego oddział na pewną zagładę. Wtedy Kurowski odpowiedział: „Je suis ici le Commandant! Enevant!” i odjechał na tyły zgrupowania. Rochebrune zaklął siarczyście, pogroził pięścią odjeżdżającemu Kurowskiemu i jako stary żołnierz przystąpił do wykonania rozkazu. Niestety, nie pomylił się w swej ocenie. W wybiegających z ulicy Krakowskiej na miechowski Rynek żuawów uderzył ogień salw dwóch rot piechoty. Kilkunastu atakujących padło martwych na bruk, a pozostali zaczęli się cofać tą samą drogą, którą przybiegli. I w tym momencie posypały się na nich kule z okien, dymników i dachów kamienic stojących wzdłuż ulicy. Pogrom powstańców był całkowity, a pułkownik Apolinary Kurowski dołożył do niego jeszcze swą kawalerię, której rozkazał szarżować wąskimi i będącymi pod ogniem nieprzyjaciela uliczkami miasta. Oddział jazdy porucznika Miętty został szybko rozbity i wycofał się w popłochu, utraciwszy osiemnastu jeźdźców. Ostatecznie żuawom i strzelcom oraz nadesłanym przez Kurowskiego wszystkim rezerwom udało się przebić przez ulicę Krakowską, jak też sąsiednie ulice i ogrody do Rynku, na którym stanęli w bezładzie pod krzyżowym gradem kul sypiących się ze wszystkich stron.

W tym tragicznym momencie pułkownik Kurowski, zamiast zorientować się w sytuacji i starać się opanować ją odpowiednimi rozkazami, stał ze swym sztabem bezczynnie na wzgórzu obok cmentarza. Tymczasem w Rynku próbował zapanować nad bezładem dzielny Rochebrune, ale nie rozumiano jego komend wydawanych po francusku. Poszczególne grupy powstańców z poświęceniem, ale bezplanowo atakowały zabarykadowane bramy klasztoru i kamienic – i były dziesiątkowane ogniem sypiącym się z okien. Niektórzy zapaleńcy, a wśród nich wielu żuawów, zgodnie z zaszczytną nazwą swego oddziału, widząc beznadziejność sytuacji, szukali już tylko śmierci; inni wycofywali się i w końcu doszło do samorzutnego odwrotu, który szybko zmienił się w bezładną ucieczkę, tak że nawet rannych pozostawiano ich własnemu losowi. Uciekający powstańcy cofali się przeważnie tą samą drogą, skąd przybyli, czyli ulicą Krakowską i obok cmentarza, ponosząc dalsze ciężkie straty. W tej krwawej bitwie poległo ok. 250 powstańców. Z kompanii żuawów, liczącej 160 żołnierzy, zginęło 81, a 40 było rannych. Warto tu nadmienić, że już na samym początku starcia padł ugodzony kulą chorąży Orsetti, a sztandar żuawów z rąk umierającego przejął i dzierżył dzielnie przez całą bitwę żydowski ochotnik spod Sanoka – Filip Kahane. Po bitwie Kahane zdjął czarny sztandar z białym krzyżem i Matką Boską z drzewca i „jak relikwię ukryłem na piersiach. Oddałem ją później Rochebrunowi”.

Pomimo ciężkich strat i klęski, Kurowski miał jeszcze szansę zebrać i ocalić swój oddział, tym bardziej że Rosjanie, widząc bohaterską postawę i męstwo powstańców, mimo ich odwrotu, długo nie opuszczali swych stanowisk, a dowódca obrony, major Niepienin, jeszcze w godzinę po odwrocie prosił swych zwierzchników o posiłki. Niestety, w tym momencie pułkownik Kurowski raz jeszcze objawił swą nieudolność jako wódz: ponieważ nie wyznaczył przed bitwą żadnego miejsca koncentracji na wypadek klęski, oddział rozproszył się na wszystkie strony (większość żołnierzy starała się przedrzeć na powrót przez austriacki kordon). Gdy to wreszcie uczynił, wyznaczając niedobitkom punkt zborny w Sosnówce, zebrało się tam tylko sześciuset powstańców. Kurowski zamiast podążać z nimi do obozu Langiewicza, w Racławicach rozwiązał swój oddział, polecając przedzierać się indywidualnie. Jednak do Langiewicza udało się dołączyć tylko garstce, z Rochebrune’em na czele, reszta, nie wyłączając nieszczęsnego wodza, schroniła się w Galicji.

Jak feniks z popiołów

Po niefortunnej bitwie niezmordowany pułkownik Rochebrune (który od tego czasu zaczął się podpisywać de Rochebrune) przystąpił do odtworzenia oddziału, który nazwano pułkiem żuawów śmierci, choć w rzeczywistości osiągnął wielkość batalionu liczącego ok. 400 ludzi. Podzielono ich na dwie kompanie dowodzone przez Irlandczyka Tytusa O’Briena (lub Tytusa O’Byrna) de Lacy występującego pod pseudonimem „Grzymała” i hrabiego Wojciecha Komorowskiego. Oddział pułkownika Rochebrune’a znalazł się w zgrupowaniu dyktatora powstania (od 11 marca), generała Mariana Langiewicza, a do walki powrócił nie jak podają niektórzy historycy pod Małogoszczem, lecz pod wsią Szczepanowice w obwodzie miechowskim 13 marca 1863 roku. Wtedy to żuawi idący w straży przedniej starli się z kozackim patrolem wysłanym na rekonesans z Miechowa. Zginąć miało dziewięciu kozaków przy stracie jednego żuawa.
Do większych starć doszło 17 marca pod Chrobrzem i 18 marca pod Grochowiskami. W obu tych bitwach o sukcesie powstańców zdecydowały natarcia na bagnety prowadzone osobiście przez pułkownika Rochebrune’a. Pod Chrobrzem żuawi mieli zdobyć dwa działa i blisko pięćset karabinów z ładownicami i tornistrami – żuawi mogli wreszcie dobrze się uzbroić i wyekwipować. Druga z tych bitew, gdyby nie waleczny Francuz, skończyłaby się sromotną klęską. To on faktycznie dowodził walką, kiedy do sztabu Langiewicza wkradł się popłoch, a na końcu poprowadził kosynierów na rosyjską piechotę. Za ten czyn Rochebrune został mianowany generałem majorem. Sukces pod Grochowiskami jednak okazał się dla zgrupowania pyrrusowym zwycięstwem. Niedoszły dyktator powstania rankiem 20 marca opuścił swe wojsko i wyjechał do Krakowa. Żołnierze poczuli się zdradzeni i wielu z nich ruszyło w ślad za swym wodzem – w kierunku kordonu.

Niestety, był wśród nich i generał Rochebrune, który stanął w Krakowie wieczorem 20 marca i z miejsca wdał się w polityczną awanturę. Sławny dowódca żuawów śmierci, pokłóciwszy się z większością niedawnych podkomendnych Langiewicza i kontaktujący się na przemian albo z generałem Ludwikiem Mierosławskim, albo z generałem Józefem Wysockim, niespodziewanie dla wszystkich ogłosił się „jenerałem głównodowodzącym armią powstańczą”. Generał Wysocki wraz z komisarzem województwa krakowskiego Wojciechem Biechońskim szybko wyperswadowali mu ten „nieszczęsny pomysł dyktatury”. Wściekły i rozżalony Rochebrune 25 marca wyjechał z Krakowa do Paryża. W pociągu spotkał Stanisława Koźmiana, który miał mu wyperswadować wywołanie antypowstańczej burzy w prasie francuskiej…

Lecz zostawmy w tym miejscu generała de Rochebrune’a i powróćmy do jego żuawów śmierci. A ci walczyli nadal pod wodzą O’Briena de Lacy i kolejnych dowódców. Między innymi 5 kwietnia 1863 roku w Szklarach w obwodzie olkuskim żuawi poprowadzeni przez niewymienionego z nazwiska francuskiego dowódcę po zaciętej walce zdobyli nieprzyjacielskie pozycje. Rozbici Rosjanie mieli zostawić na placu boju czterdziestu zabitych i uciec w popłochu do lasu.
Bitwę pod Krzywką z 5 maja 1863 roku wielu historyków podaje jako ostatnią, w której wzięli udział żuawi śmierci. W starciu, w którym zginął waleczny Włoch, garybaldczyk i mason, pułkownik Francesco Nullo, polec miało też 21 żuawów; reszta przedarła się przez kordon na stronę austriacką. Jednak w monumentalnych „Bitwach i potyczkach 1863–1864” wydanych w Raperswilu w 1913 roku Stanisław Zieliński wymienia jeszcze kilka starć, w których mieli brać udział żuawi śmierci. Według niego już 7 maja 1863 roku żuawi wzięli udział w starciu pod Szycami, prowadzeni przez Francuza Perreta, a 28 lipca tego roku pod Rudnikami w obwodzie kieleckim z Władysławem Żochowskim (byłym oficerem rosyjskim) i Francuzem Józefem Charbriolle’em na czele nacierali na pozycje rosyjskiej artylerii. Warto wspomnieć, że współdziałali tutaj z kompanią pruskiej obrony krajowej: sześćdziesięciu Niemców w pełni umundurowanych i uzbrojonych, z kapitanem i czterema innymi oficerami na czele walczyło ramię w ramię z żuawami. Niestety, mimo że żuawi byli podobno już dwadzieścia kroków od armat, nagle zaczęli się cofać i starcie zostało nierozstrzygnięte. Jak zaznacza Zieliński, przyczyna tego była w tym, że „żołnierz […] zebrany był albo z młodzieży, która pierwszy raz była w boju, albo też ochotników przybyłych z upadłych oddziałów i przez złe kierownictwo dowódców, nieprzyzwyczajonych do zwycięstw i zdemoralizowanych”. To ostatni bój w Bitwach i potyczkach, w którym wymienieni są żuawi śmierci.

Bohaterski piekielnik

Generał de Rochebrune po swej niefortunnej próbie objęcia dyktatorskiej władzy nad powstaniem dał się udobruchać najpierw Stanisławowi Koźmianowi w pociągu do Paryża, a następnie krakowskiemu Wydziałowi Wojny. 30 marca przyjął nominację na dowódcę powstania na Podolu, zrzekając się jednocześnie nominalnej już tylko komendy nad żuawami. Jednak przez następne dziesięć dni jeździł między Paryżem a rodzinnym Vienne – fetowany w kręgach Hotelu Lambert i wśród swych krajan jako polski bohater. Z powrotem do Krakowa przybył 20 kwietnia 1863 roku, a w cztery dni później objął funkcję naczelnika wojskowego województwa krakowskiego. Miał teraz formować dla powstania Legię Cudzoziemską, ale większość obcych ochotników wolała iść pod komendę generała Mierosławskiego. Wobec niewielkich efektów pracy Rochebrune’a Rząd Narodowy cofnął mu nominację i na jego stanowisko mianował Zygmunta Jordana. Pokłóciwszy się z miejsca ze swym następcą, generał kolejny raz wyjechał do Paryża.

Po kilku miesiącach „uparty Francuz” znów przyjechał do Galicji. Latem 1863 roku „Naczelnik Rusi” Edmund Różycki zlecił mu organizację „VI Oddziału” w rejonie Brodów. Lecz od tego czasu z osobą Rochebrune’a związane jest wyłącznie całe pasmo konfliktów. Apogeum sporów z podkomendnymi i przełożonymi nastąpiło w czasie wyprawy generała Michała Heydenreicha „Kruka” na Poryck (30 października – 1 listopada 1863 roku). Cała wyprawa załamała się z powodu gorszących kłótni podkomendnych z „Krukiem”, w czym przewodził Rochebrune. Wreszcie, jak wspomina Filip Kahane, „zdarł z siebie mundur jeneralski, oddał pałasz… i opuścił Polskę na zawsze”. Romuald Traugutt 27 grudnia 1863 roku udzielił mu oficjalnej dymisji. Mimo że jeszcze w 1866 roku musiał bronić się przed zarzutami defraudacji powstańczych funduszy, nie chciał i nie potrafił definitywnie zerwać ze „sprawą polską”. W 1867 roku proponował rządowi francuskiemu zorganizowanie antypruskiej dywersji w Poznańskiem, a gdy w 1870 roku znalazł się w oblężonym Paryżu, wskazywano go wraz z generałem Jarosławem Dąbrowskim jako dowódców, którzy mogliby przełamać pruskie szyki wokół stolicy. François Maksymilian de Rochebrune zginął z karabinem w ręku 19 stycznia 1871 roku pod Montretout w randze pułkownika francuskiej gwardii narodowej. Mimo gorzkich zawodów z ostatnich lat życia, związanych też z jego twardym charakterem, nikt nie mógł mu odebrać zasług przy tworzeniu jednego z wyjątkowych oddziałów w całej historii Wojska Polskiego.

Żuawi śmierci przeszli do historii jako formacja doborowa, która, dzięki swemu etosowi walki do końca, była wykorzystywana przez powstańczych wodzów jako siła przełamująca, idąca do boju z wrogiem jako pierwsza. Trzeba też pamiętać, w jakich warunkach – niedoborów funduszy, broni i ekwipunku, improwizacji i wojny partyzanckiej, w której na karabiny szło się z kijami i kosami, a na armaty ze zdobycznymi karabinami – powstał ten elitarny pułk. Wielka w tym zasługa jego pierwszego dowódcy, generała de Rochebrune’a, który ponoć znał i pamiętał wszystkich swoich żołnierzy, dobierając ich osobiście do oddziału, i mimo że za niesubordynację karał śmiercią, darzyli go szacunkiem i byli mu oddani. „Czarna rota walczy bez pardonu” – mawiali z podziwem i ze strachem rosyjscy żołnierze. Takie słowa w ustach nieprzyjaciela były cenniejsze od najwyższych odznaczeń.

Artykuł powstał na podstawie książki autora „Dla ojczyzny ratowania: szubienica, pal i kula. Dyscyplina w dawnym Wojsku Polskim”.

Piotr Korczyński

autor zdjęć: domena publiczna, rys. Piotr Korczyński

dodaj komentarz

komentarze


Rusza kwalifikacja wojskowa
 
Bruksela przed szczytem
Złota taekwondzistka, srebrni hokeiści na trawie
Lekcje z frontu
Co z podwyżkami dla żołnierzy?
Wyposażenie indywidualne żołnierzy do wymiany
Szef MON-u w Brukseli
Medale dla sportowców z „armii mistrzów”
Pierwszy skok
F-16 z misją PKW Orlik w Estonii
Wojna o porządek świata
Invictus w zimowym stylu
Eurofightery znowu w Polsce
Brąz razy sześć dla żołnierzy na mistrzostwach świata i Europy
Lista trupich główek
Gwałty stały się bronią rosyjskiej armii
Więcej pieniędzy w portfelach żołnierzy
Zamiana po włosku
Offset dla „Wisły”
Którą drogą do armii?
Nagroda dla reporterów „Polski Zbrojnej”
Szczury Pustyni dotarły do Polski
Misja Polaków dobiegła końca. Czas na Niemców
Jaką drogą po wojskowy indeks?
Szefowie obrony NATO o zakupach amunicji
Miliardy dla Ukrainy w nowym budżecie UE
Nowy szef CWCR
Zmiany w zarządzie PGZ-etu
Pierwsze Homary-K w Wojsku Polskim
Roszady personalne w PGZ-ecie
Mocny sygnał od NATO
Dobrowolsi – czas start!
Pies, który skoczył z aparatem tlenowym
Rozmowy w Pałacu Prezydenckim o bezpieczeństwie
Air Show ’25 – do zobaczenia
Nowoczesna łączność dla armii
Zielone światło dla Barbary
Strzelczyni CWZS-u na pucharowym podium
Podwyżki dla zawodowców coraz bliżej
Komandosi szkolą psy bojowe w Iraku
BAP przenosi się z Estonii na Łotwę
Zimowy sprawdzian podchorążych
Operacja „Gryf” i „Rengaw” na Podlasiu
Gdzie są szczątki Tu-154M? Podkomisja Macierewicza pod lupą
W Polsce będzie centrum NATO-Ukraina
Skromny początek wielkiej wojny
Abramsy pod dobrą opieką
Sukcesy wojskowych w żeglarstwie i łyżwiarstwie szybkim
Jakie podwyżki dla żołnierzy
Walka w bliskim kontakcie to poważne wyzwanie
Zmiany w dowództwie Żandarmerii Wojskowej
Rakietowy szach
„Avenger” na Monte Cassino
Zachód przeciwko „korsarzom”
Liban uznany za strefę działań wojennych
Podwójny Półmaraton Komandosa
Cud w Trewirze
Śnieg może być groźną bronią

Ministerstwo Obrony Narodowej Wojsko Polskie Sztab Generalny Wojska Polskiego Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych Wojska Obrony
Terytorialnej
Żandarmeria Wojskowa Dowództwo Garnizonu Warszawa Inspektorat Wsparcia SZ Wielonarodowy Korpus
Północno-
Wschodni
Wielonarodowa
Dywizja
Północny-
Wschód
Centrum
Szkolenia Sił Połączonych
NATO (JFTC)
Agencja Uzbrojenia

Wojskowy Instytut Wydawniczy (C) 2015
wykonanie i hosting AIKELO